G. Wiśniewski o zmianach w kierownictwie Ministerstwa Energii

G. Wiśniewski o zmianach w kierownictwie Ministerstwa Energii
Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej. Fot. MMC Polska

Wymiana jednego czy drugiego wiceministra, czy też zmiany zakresów kompetencji mają oczywiście znaczenie i (zwłaszcza te pierwsze) koncentrują na sobie uwagę opinii publicznej. Ale kwestie te schodzą na drugi plan wtedy, gdy zaczyna chodzić o głęboką, dobrą zmianę w obszarze gdzie poprzednia próba się ewidentnie nie udała, a OZE to właśnie największa dotychczasowa porażka Ministerstwa Energiipisze Grzegorz Wiśniewski.

Odwołanie Andrzeja Piotrowskiego z funkcji wiceministra energii odpowiedzialnego za OZE i za atom nie stało się powodem do rozdzierania szat wśród branżowych ekspertów. Reszta społeczeństwa i tak nie zna wiceministrów i ich dokonań. Ale dymisja jest dobrym powodem do zadania kilku pytań: z jakiego powodu wiceminister został odwołany, czy został wykonany bilans jego dokonań i z jakim bagażem spraw do załatwienia będzie musiał się zmierzyć jego następca (lub następcy), czy odwołanie nie stanie się dobrą okazją do zainicjowania głębszych zmian strukturalnych w ministerstwie i rewizji realizowanej polityki energetycznej. 

O ile opinia publiczna nie zna wiceministrów, to ich wpływ na obszary, za jakie odpowiadają, jest olbrzymi. Nawet jeżeli działają w kierunkach ściśle wyznaczonych polityką rządu i priorytetami swojego przełożonego, są oni faktycznymi ministrami wykonawczymi w swoich obszarach, których minister konstytucyjny zazwyczaj „nie ogarnia” i musi bazować na ich opinii.

REKLAMA

Wiceminister Piotrowski zostawił branżę OZE w stanie chaosu i upadku oraz niespotkanego nigdy wcześniej spowolnienia inwestycyjnego, i to tuż przed nadejściem okresu (‘2020) rozliczenia się Polski ze zobowiązań unijnych. Osłabił dobrze zapowiadający się Departament Energii Odnawialnej, Rozproszonej i Ciepłownictwa (DEO) oraz wzmacniał w swoim przekazie medialnym, zewnętrzną tzw. zamawianą „ekspertyzą”, równoległy Departament Energii Jądrowej (DEJ). W czasie swojego urzędowania działalność DEO wsparł jedynie jedną ekspertyzą zewnętrzną w wątpliwym obszarze klastrów (na które zresztą nie zgodziła się Komisja Europejska notyfikując ustawę o OZE), podczas gdy na rzecz obszaru, w którym działa DEJ, zostało zamówione aż 25 ekspertyz.

Tuż przed swoją dymisją, na forum Narodowej Rady Rozwoju mówił, że pierwsza polska elektrownia jądrowa będzie wytwarzać energię elektryczną po 200 zł/MWh (trzy razy taniej niż określa to literatura naukowa i dwa razy taniej niż twierdzą lobbyści atomowi), a jednocześnie (odpowiadając za ich rozwój) krytykował OZE, które z pewnością w perspektywie 2030 roku będą zdecydowanie tańsze od atomu.

Dziennikarze (np. pani Baca-Pogorzelska) oraz posłowie (np. pani Gabriela Lenartowicz) donoszą, że nadzór w ME nad OZE (i DEO) będzie pełnił sekretarz stanu Grzegorz Tobiszowski – odpowiedzialny przede wszystkim za węgiel (faktycznie mający tu sukcesy) oraz cały bagaż problemów związanych z poprawieniem i możliwie najszybszym uchwaleniem kolejnej nowelizacji ustawy o OZE (projekt rządowy z 6 marca).

Program energetyki jądrowej (i DEJ) trafi do podsekretarza stanu Tadeusza Skobla, który dopiero od niedawna jest odpowiedzialny za wykorzystanie funduszy unijnych, zwłaszcza tych na OZE, z których wykorzystaniem, miedzy innymi z powodu ww. ambiwalentnej polityki wobec OZE i ryzykowanych eksperymentów swojego poprzednika z klastrami, są olbrzymie problemy. Nie jest też wykluczone, że DEO zostanie pozbawione kompetencji w obszarze „energii rozproszonej i ciepłownictwa”, a tematyka ta trafi do Departamentu Energetyki, czyli pod nadzór ministra Skobla.

REKLAMA

O ile to się potwierdzi, OZE do wytwarzania energii elektrycznej będą w pionie zarządczym razem z węglem, a atom z funduszami unijnymi i ciepłem.  Ale nawet jak taki podział pracy kierownictwa ME wydaje się dziwnym, to ma stosunkowo małe znaczenie. Liczyć się będzie zaangażowanie i podejście wiceministrów do obszarów, za które odpowiadają, i szerszy plan działania ministerstwa na najbliższe lata, którego jeszcze nie ma.

Czy minister Tobiszowski, kojarzony z sektorem węglowym i związany ze Śląskiem będzie mógł i poświęci tyle samo czasu i uwagi – tak no to nowe zadanie trzeba patrzeć – zaniedbanym OZE (i choćby z tego powodu wymagającym atencji) co ostatnio dopieszczanym (i przez to wymagającym jednak asertywności) kopalniom? Wielu zapewne w to wątpi. Czy przekona do OZE całe kierownictwo resortu i da silne argumenty kancelarii premiera na rzecz wsparcia ich rozwoju przez cały rząd i lepszej współpracy, a w szczególności z szerzej patrzącymi na OZE ministerstwami ds. środowiska (minister Kowalczyk) czy ds.przemysłu (minister Emilewicz)?

Do tego potrzebne są pozytywny pro-rozwojowy (a nie indyferentny, jak ostatnio) plan działania i wsparcie premiera. W Polsce OZE nie były dyskryminowane faktycznie wtedy, gdy miały szersze wsparcie całej administracji, w tym wsparcie premiera. Tak było np. w przypadku rządu Jerzego Buzka w latach 1997-2001, którego bezpośrednio w kancelarii wspierał znany skądinąd minister Piotr Woźniak, oraz rządu Waldemara Pawlaka w latach 2007-2012, który był jednocześnie ministrem gospodarki, a za OZE w ministerstwie odpowiadał Mieczysław Kasprzak w randze sekretarza stanu.

Inaczej niż premier Beata Szydło, premier Mateusz Morawiecki w swoim expose  wspominał na OZE, np. w tym fragmencie: „…chciałbym zadbać, by również alternatywne źródła energii mogły się w Polsce swobodnie rozwijać…”, a jednocześnie dodał,  że „…rząd nie chce z węgla rezygnować”. Pogodzenie tych dwóch wskazówek to największe wyzwanie (jak pogodzić ogień z wodą) dla ministra Tobiszowskiego.

Mieliśmy w historii wielokrotnie (nawet zazwyczaj) wicemistrzów odpowiedzialnych jednocześnie za węgiel i za OZE, np. Andrzej Karbownik czy Joanna Strzelec-Łobodzińska, ale OZE nie były wtedy „pieszczochami” swoich pryncypałów (choć minister Strzelec-Łobodzińskiej trudna zarzucić brak życzliwego zainteresowania OZE, nawet jak ostatecznie z tego zaangażowania wyszło współspalania biomasy z węglem).

Tym razem trzeba mieć nadzieję, że koegzystencja węgla i OZE w jednym zarządzie okaże się w pełni możliwa i że OZE nie staną się znowu niechcianym, politycznym gorącym kartoflem oraz obiektem dominacji i zwalczania przez tracące skądinąd rynek podmioty z branży węglowej. 

Link do dalszej części wpisu na blogu „Odnawialny”.

Grzegorz Wiśniewski